Grafologia przedwyborcza
Treść
Nowe porządki, w opinii burmistrza Ciężkowic Józefa Szymańskiego, nie podobają się przede wszystkim przedstawicielom poprzedniej władzy
Do wyborów samorządowych jeszcze trzy miesiące. Ale batalia o fotel włodarza Ciężkowic już trwa. Rozpoczęła ją żona byłego burmistrza. Oburzona, iż poplecznicy jej męża przeszli na stronę obecnej władzy, postanowiła pisać anonimowe listy, aby zdyskredytować jej przedstawicieli.
Tak mówią ci, którzy je otrzymali. Podejrzewając, kto za tym stoi, zatrudnili grafologa. Zdemaskowana kobieta przyznała się. - Chciałam, żeby trochę pocierpieli - wyjaśnia.
Listy nadchodziły do burmistrza i radnych przez wiele miesięcy. Ostatni ma czerwcową datę. Osoba, która je widziała, twierdzi, że były nie tylko obraźliwe, ale i obrzydliwe. Nie są to typowe anonimy. Adresaci, choć niechętnie mówią na ten temat, przyznają, iż zdumiewała ich w równym stopniu treść, co podpisy - bliższych lub dalszych krewnych i przyjaciół osoby, do której kierowano list.
- To był znak, że piszący je chciał nas wszystkich skłócić. Nie tylko w Radzie Miasta, ale również w rodzinach - mówi jedna z kobiet, której dotyczy ta sprawa.
- Trzeba było wreszcie powiedzieć "dość". Już od pewnego czasu mieliśmy pewne podejrzenia co do osoby, która mogła pisać anonimy. Mając sto procent pewności, zatrudniliśmy grafologa. Za jego usługi zapłaciliśmy z własnej kieszeni - mówi Józef Szymański, burmistrz Ciężkowic, zaznaczając, że sprawa została załatwiona w białych rękawiczkach.
- Obiecaliśmy tej pani, że zachowamy wszystko w tajemnicy. Nie chcieliśmy sprawy nagłaśniać, aby ktoś nie pomyślał, że wykorzystujemy anonimy w kampanii wyborczej. Nie musimy tego robić. O tym, czego dokonaliśmy w Ciężkowicach w minionej kadencji świadczą fakty - twierdzi jeden z ciężkowickich radnych.
Osoby, które trzymają stronę Tadeusza Salwy, byłego burmistrza, nie wierzą tym wypowiedziom. Jako dowód podają argument, że sprawa anonimów dotarła nie tylko do mieszkańców Ciężkowic, ale i do stolicy regionu, czyli do Krakowa. - Pan Szymański nie zdaje sobie sprawy, że pokazał się z nie najlepszej strony. Bo czy pani przyszłoby do głowy tyle czasu poświęcać na jakieś anonimy, zatrudniając na dodatek grafologa? - sugeruje jeden z przeciwników obecnego burmistrza. Jego kolega, tej samej, lewicowej opcji, dodaje, nie bez wyczuwalnej złośliwości w głosie, że obecny burmistrz ma
spore doświadczenie
w obcowaniu z grafologami. - W czasie gdy był nauczycielem w Bobowej, tak dał się we znaki uczniom, że powypisywali niemiłe dla niego kwestie na drzwiach wejściowych do szkoły. On wyjął te drzwi z zawiasów i pojechał z nimi do grafologa - opowiada mój rozmówca.
- To bujda - zaprzecza Józef Szymański, obecny burmistrz. - Owszem, był taki przypadek, że uczniowie powypisywali na mnie jakieś bzdury. Ale nie na drzwiach, tylko w zeszycie dyżurów uczniowskich. Pamiętam, że wydałem całe 4 tysiące złotych na grafologa, żeby wykryć sprawcę, a właściwie sprawców, bo okazało się, że było ich trzech. Za karę zostali wyrzuceni ze szkoły. Z tego co wiem, jeden wyszedł na ludzi. Mam z tego powodu satysfakcję.
Burmistrz nie uważa się za osobę mściwą. Po prostu brzydzi się anonimami. Dlatego stara się zwalczać narodowy nałóg Polaków. Zanim wyszła sprawa anonimów, pisanych przez żonę jego poprzednika, zdemaskował panią, która nie mogła się pogodzić z tym, że w gminie nastały za jego czasów nowe porządki. Ma nadzieję, że skutecznie oduczył tę osobę posługiwania się anonimami.
Nowe porządki, w opinii Józefa Szymańskiego, nie podobają się przede wszystkim przedstawicielom poprzedniej władzy. To znaczy byłemu burmistrzowi i jego ekipie. - Musiałem się sporo natrudzić, żeby wyczyścić ciężkowickie podwórko - konstatuje mój rozmówca.
Ma świadomość, że tym czyszczeniem naraził się pewnym ludziom. Np. sołtysowi Ciężkowic, którego podał do sądu, stawiając poważne zarzuty związane z gospodarką drewnem z sołeckich lasów, czy też byłym pracownikom Urzędu Gminy, których zwolnił, a którzy poskarżyli się na niego w Sądzie Pracy. A także jednemu z miejscowych przedsiębiorców, właścicielowi stacji benzynowej, który miał niezwykle korzystną - w opinii Szymańskiego - umowę z poprzednią władzą na dzierżawę działki pod stację. - Gdy mu jej nie przedłużyłem, podał mnie do sądu, domagając się od gminy zwrotu pieniędzy, jakie wyłożył na jej urządzenie. Ale zważywszy iż nowy dzierżawca płaci około trzy razy więcej, będziemy finansowo do przodu, nawet wówczas, gdy przyjdzie nam płacić odszkodowanie - mówi urzędujący burmistrz. Jednocześnie przytacza dane, z których ma wynikać, że za jego rządów znacznie
wzrosły dochody
z dzierżawy mienia sołectwa Ciężkowice. - Gdy obejmowałem urząd, wynosiły zaledwie 25 tysięcy złotych. Dzisiaj, dzięki temu, że wiele rzeczy poodkręcałem, jest tego ponad 100 tysięcy złotych rocznie - podkreśla z dumą w głosie.
Ciężkowiccy przedsiębiorcy to raczej elektorat byłego burmistrza Tadeusza Salwy. Urzędujący burmistrz naraził się bowiem nie tylko właścicielowi stacji benzynowej. Również znanemu w okolicy restauratorowi. - Zwróciłem mu uwagę, że sąsiedzi skarżą się, iż jego goście zachowują się bardzo głośno. Obraził się, ale mnie to nie boli. Ja muszę reagować na skargi i zażalenia petentów - wyjaśnia Józef Szymański.
Obecny włodarz Ciężkowic może za to liczyć na głosy rolników, którym chętniej niż przedsiębiorcom obniża podatki. - Dla rolników jest to często naprawdę istotna sprawa. W sytuacji gorszej koniunktury rolnik będzie klepał biedę, a przedsiębiorca jakoś sobie poradzi - przedstawia tok swojego rozumowania.
Józef Szymański nie ukrywa, że należy do osób twardych i zdecydowanych. Przekonał się o tym jeden z tutejszych lekarzy, były kierownik gminnego ośrodka zdrowia. - Mieliśmy różne zdania w wielu sprawach. A przy tym oboje jesteśmy uparci. Dlatego nasza współpraca nie była możliwa - przedstawia tło konfliktu z lekarzem, który przeszedł do obozu byłego burmistrza.
Obecny włodarz Ciężkowic uważa, iż jego przeciwnicy nie mogą mu darować przede wszystkim tego, że nie wchodzi
w żadne układy.
- Już na początku kadencji zapowiedziałem, że ze mną niczego nie da się załatwić nieformalną drogą. Czy słowa dotrzymuję, proszę zapytać o to mieszkańców Ciężkowic - zachęca Józef Szymański.
Mieszkańcy Ciężkowic dalecy są od wygłaszania peanów na cześć lokalnej władzy. Ani poprzedniej, lewicowej, ani obecnej, prawicowej. Na pytanie "jak im się tu żyje?" odpowiadają wzruszając ramionami, że nielekko, tak samo jak w innych, małych miasteczkach, położonych daleko od szosy. Po zbliżających się wyborach samorządowych też nie obiecują sobie zbyt wiele. Większość nie wie jeszcze, na kogo będzie głosować.
- Ani poprzedni burmistrz, ani obecny nie mają znaczących osiągnięć. Pan Salwa był z gatunku tych, o których się mówi: "swój chłop". Co sprytniejsi wykorzystywali jego cechy charakteru do własnych celów. Pan Szymański jest trudny w obejściu, lubi się z ludźmi sądzić, ale jeśli chodzi o uczciwość, można dać za niego głowę - mówi jedna z mieszkanek centrum miasteczka.
- Poprzedni burmistrz bywał hm... bezpretensjonalny. Nie wstydził się przyznać, że musi przerwać urzędowanie, aby uciąć sobie krótką drzemkę. Obecny burmistrz jest zdyscyplinowany. Tego samego wymaga od pracujących w urzędzie. Gdybym miał głosować, to chyba jednak na obecnego. Po tych wszystkich aferach, aferkach, o których się słyszało w wykonaniu poprzedniej, najwyższej w państwie władzy, ludzie chcą mieć na urzędzie
uczciwego człowieka.
Niech będzie toporny, mściwy, ale uczciwy - mówi inny, zagadnięty przeze mnie mieszkaniec Ciężkowic.
- Salwa to też porządny człowiek. Piastował różne wysokie stanowiska, ale niewiele się dorobił. Miałby pewnie większe szanse, gdyby był z innej opcji - przedstawia swoją opinię jeden z ciężkowickich emerytów.
- To komuch, chociaż ksiądz go na ten urząd wprowadził - wtrąca się do rozmowy sąsiad emeryta, nauczyciel z zawodu. Z jego opowieści wynika, że poprzedni ciężkowicki proboszcz, który jest obecnie na misji za granicą, był zaprzyjaźniony z byłym burmistrzem. Korzenie tej przyjaźni tkwią podobno w czasach PRL-u. - Tadeusz Salwa pełnił wtedy ważną funkcję w Krakowie. A ponieważ pochodzi z ziemi ciężkowickiej, nie odmawiał księdzu pomocy w załatwieniu materiałów budowlanych na budowę kościoła. Proboszcz miał wysokie mniemanie o zdolnościach organizatorskich Tadeusza Salwy. Przekonywał nas, że to dobry kandydat, bo ma koneksje, w związku z tym wiele może dla gminy zdziałać - wyjaśnia mój ostatni rozmówca.
W jego opinii Tadeusz Salwa jako burmistrz był takim sobie gospodarzem. - Jest bardziej użyteczny dla ludzi w ostatnich latach, gdy go odsunięto od władzy, niż wtedy, gdy był burmistrzem. Ja nie korzystałem z usług tego pana, ale ludzie mówią, że nigdy nie odmówi, gdy np. proszą go o załatwienie konsultacji u znanego krakowskiego specjalisty. Ostatnio zajmuje się zbiórką żywności dla najbiedniejszych rodzin z ciężkowickich wsi. Ale dla mnie zawsze pozostanie synonimem PRL-u - kończy swój wywód nauczyciel, zaznaczając, że będzie głosował na Józefa Szymańskiego, obecnego włodarza Ciężkowic.
Emeryt, z którym wcześniej rozmawiałam, jeszcze się waha. U niego duże szanse ma Tadeusz Salwa. Sprawę anonimowych listów pisanych przez jego żonę zna z "ulicznego przekazu", ale nie jest oburzony. Bardziej rozbawiony. - Kochająca kobieta do wszystkiego jest zdolna. A poza tym ta pani przyznała się. I nawet zapłaciła z własnej kieszeni za tego, tam, grafologa - uśmiecha się pobłażliwe.
- Tak, zapłaciłam, prawie 2,5 tysiąca złotych - wyznaje Ewa Salwa, żona byłego burmistrza Ciężkowic. - Poszłam nawet do tych osób z koszem kwiatów. Teraz, jak to wszystko przemyślałam, jest mi przykro, ale proszę mi wierzyć, nie miałam zamiaru skłócić tych ludzi. Chciałam tylko, żeby
trochę pocierpieli.
Tak jak mój mąż po tym, gdy musiał odejść z urzędu. On bardzo źle się czuł odsunięty na boczny tor. Pan Szymański nie tylko nie kwapił się, aby wykorzystać doświadczenie i umiejętności męża, tylko jeszcze zaczął nam dokuczać. Pomagała mu w tym jedna z radnych, nawiasem mówiąc, moja była bliska koleżanka. Ale odwróciła się ode mnie, gdy tylko władza w Ciężkowicach przeszła w inne ręce.
Ewa Salwa, żona byłego burmistrza, ma do obecnego włodarza Ciężkowic żal głównie o to, że swoje urzędowanie zaczął od tego, iż chciał ich wyrzucić z mieszkania należącego do gminy. - Robił nam też różne takie nieprzyjemne numery, żądając, abyśmy oddali garaż. Nie interesowało go, że nie mamy się gdzie podziać. Mąż tyle lat był w polityce, na jej szczytach, ale niczego się nie dorobił. Mieliśmy zamiar wykupić mieszkanie na własność, ale nie zdążyliśmy na czas, to znaczy zanim obecny burmistrz przejął władzę - wyjaśnia, prosząc, aby w sprawę listów nie mieszać jej męża. - Robiłam to w tajemnicy przed nim - zaznacza.
- Nic nie wiedziałem o listach. Do dzisiaj nawet nie czytałem kopii. Jest mi głupio z powodu postępowania mojej żony, bo generalnie nic nie mam przeciwko obecnemu włodarzowi Ciężkowic - przyznaje Tadeusz Salwa.
Jak ocenia swojego następcę? - Pracuje chyba nie najgorzej. Ocieplił budynek gminy. Dzięki temu i my z żoną skorzystaliśmy. Może tylko nie bardzo mu wychodzi zdobywanie pieniędzy dla regionu. Pewnie dlatego, że jest trochę toporny w obcowaniu z ludźmi. A w tego typu sprawach trzeba mieć odpowiednią strategię - konstatuje były burmistrz. Dając przykład swojego zaangażowania w zdobywanie dla gminy funduszy, opowiada historię, jak to przed jedną panią, od której wiele zależało, a która dzisiaj jest skarbnikiem gminy Warszawa, nawet na kolana padał, żeby tylko uzyskać potrzebne pieniądze.
Tadeusz Salwa jeszcze nie podjął decyzji, czy wystartuje w zbliżających się wyborach samorządowych. Jednak nie może kategorycznie powiedzieć "nie", bo codziennie ktoś z mieszkańców przychodzi do niego, namawiając na udział w wyborczej kampanii.
Kręci przecząco głową, gdy pytam, czy nie ma dość polityki. Był, co prawda, ostatnio trochę chory, ale po chorobie już nie ma śladu, a poza tym odpoczywał przez dwie ostatnie kadencje...
GRAŻYNA STARZAK "Dziennik Polski" 2006-08-21
Autor: ea